Akademia Wspinania
Mazda

Mazda Open – okiem chwytowego

Share Button

W zawodach Mazdy miałem przyjemność uczestniczyć „od kuchni”, podejmując się zadania szefowania zespołowi twórczemu w składzie: Szymon Łodziński oraz Tomasz „Chomik” Woch wraz z „Gender Mainstreaming” (Adaś Pracownik i ja). Poniżej kilka autokrytycznych uwag na temat przystawek które udało nam się skomponować. Za kilka z tych uwag, mało czytelnych dla osób na zawodach nieobecnych, z góry te osoby przepraszam.

20160221_165303_fot_Szymon_Aksienionek
Eliminacje

Naszym zamierzeniem było ukręcenie eliminacji wedle schematu 20+5, gdzie pierwsza dwudziestka problemów odpowiadałaby poziomem trudności kłopotom znanym z WLB (Warszawskiej Ligi Boulderowej), zaś pozostała piątka posłużyła odsianiu sześcioosobowego finału. W odniesieniu do pierwszego zadania mogę powiedzieć, że było nieco za trudno. Stanowczo zabrakło jeszcze kilku przystawek na poziomie „zielonych z Bloco”. Jeden czy dwa problemy, które zasadniczo łapały się do tej grupy, prezentowało nieco zbyt wysoki poziom techniczny, przez co silniejszym zawodnikom nie sprawiały najmniejszych trudności, przed nieco słabszymi stawiały mur nie do przeskoczenia. Znacznie większą satysfakcję sprawia mi rzut oka na bardziej wymagające przystawki „pierwszej dwudziestki”, pomiędzy którymi wiele było propozycji dalekich od przesady, a przecież wymagających.

Mistrzem pionu okazał Szymon Łodziński. Niewdzięczne zadanie generowania trudności bez odwołania się do kąta nachylenia ściany zamieniało się pod palcami szymonowymi w igraszkę, proste routesetterskie ćwiczenie. Nie będąc amatorem wertykałów przywitałem tę informację z wdzięcznością – zwolniony z obowiązku rzucania zawodnikom kłód pod nogi mogłem się skupić na ich rękach, rzecz o wiele bliższa mojej wspinaczkowej naturze.

Spośród pięciu propozycji „dla mocarzy” niebieski bald w „grocie solnej” okazał się znacznie łatwiejszym niźlim zakładał, przez co naturalną koleją rzeczy należy go traktować jako jeszcze jeden problem „ligowy”. Pozostałe cztery (niebieski pion, zielony „po czarnych kulach”, biały i czarny) winny były prezentować trudności bardziej zróżnicowane. Cieszy, że czarna przystawka w dużym przewieszeniu posłużyła za efektywny papierek lakmusowy, odpowiadający na pytanie „jak się trzymamy, kolego?” – test, który swoją adekwatność potwierdził w późniejszym finale (pierwsze cztery miejsca dla pogromców czarnego balda).


Finały

Przed finałami sen z powiek spędzało mi pytanie: „czy nie za łatwo?”. Nietrudno się domyślić że w efekcie okazało się trochę zbyt trudno. Ech, te hamletyczne pytania! Bez dwóch poprawek, które tuż przed finałami wprowadziliśmy do męskich problemów, może mielibyśmy top na czwórce, jednocześnie dwójka straciłaby cały techniczny urok swojego niełatwego startu. Raz jeszcze potwierdza się teza, że nieco większy chwyt w przewieszeniu nie czyni krzywdy chwytowemu. Z drugiej strony – gdyby Olo Romanowski nie opadł nagle z sił, prawdopodobnie uzbierałby komplet; a ja cieszyłbym się, że finał pozwolił najsilniejszemu zawodnikowi zdeklasować konkurencję. Będę się więc bronił, że był to finał merytorycznie rzetelny, to znaczy czytelnie wskazujący jak chłopcy się wspinają; oraz że żaden z nich nie był tego wieczoru w imponującej formie.

Baldy damskie zagrały lepiej. Brak topu na jedynce był winą tyleż naszej decyzji o obróceniu jednego oblaka na gorszą stronę, co niefrasobliwości dziewcząt, ze wszystkich sił starających się uniknąć właściwego patentu przy bonusie (którym było, rzecz jasna, wejście w rzeczonego oblaka po krzyżu i następujące po nim śmiałe rzucenie całego ciała w lewo, gdzie czekała „wyłapajka”). Pomimo wszakże przywiązania do „poprawnych” patentów (grzech każdego chwytowego) dałem się oczarować Daszcze Brylovej. Niezrażona nieoczekiwanymi trudnościami (nie do uniknięcia, jeśli podążać drogą jej metody), postanowiła przeć śmiało naprzód, skutkiem czego jako jedyna dała sobie szansę na zatopowanie problemu. Inna rzecz, że Daria była tego wieczoru ewidentnie najsilniejszą z zawodniczek.

20160221_165537_fot_Szymon_Aksienionek

Damska dwójka pierwotnie zaczynała się nieco trudniejszym skokiem, niemniej próby Szymona Łodzińskiego skłoniły nas do wprowadzenia delikatnych ułatwień. Dobrze się stało, skok ostatecznie wypadł okazale i dodał finałowi rumieńców. Nie był trudny (Paulino!), o ile wykonywało się go poprawnie, to znaczy skakało dopiero do drugiej pomarańczowej klamy. Ruch ku pierwszej miał raczej charakter dynamicznego przeniesienia ciężaru ciała z prawej na lewą nogę, tym samym umożliwiając tej ostatniej rzetelne wybicie. Kto skakał na samym początku, ten skoku nie czynił. Ostatni ruch również udało się szczęśliwie doprowadzić do porządku – wedle pierwotnej (mojej) koncepcji na problemie nie było przedostatniego chwytu, małej trójkątnej paczuszki; zamiast do niej, sięgać trzeba było do obławej krawędzi ściany. Na szczęście ekipa natychmiast spostrzegła mój błąd i zażądała korekty.

Trójka potwierdziła, że Adaś „Gedner” (bo to jego bald) ma podejście do kobiecego wspinania, czwórka byłaby przesadzona, gdyby nie moc Daszki. Stało się na niej dokładnie to, czego oczekiwałem również w męskim finale (na próżno!) – trudny problem pozwolił zwyciężczyni nie drżeć o losy własnego tryumfu, zaś publiczności wyraźnie zobaczyć różnicę.

Dwie rzeczy sprawiły mi wielką przyjemność w tych finałach. Po pierwsze – z braku miejsca w przewieszeniu, a nie chcąc aby dwa z czterech problemów finałowych wiodły pionem, postanowiliśmy „przekręcić” męskie jedynki na damskie czwórki i vice versa. Sęk w tym, że takie przekręcenie zazwyczaj oznacza konieczność przeprowadzenia dodatkowego oglądania w trakcie finałów – co skutecznie „mrozi” widowisko. Rozwiązaniem było takie przygotowanie jedynek/czwórek, aby dało się je pozamieniać w trakcie oglądania pozostałych problemów przez zawodników; innymi słowy w kilka minut. Rzecz powiodła się bez pudła, za co brawa dla ekipy (ja w tym czasie obijałem się z mikrofonem). Dodatkowo cieszy fakt, że damska jedynka w niczym nie przypominała męskiej czwórki, co pozwoliło uniknąć wrażenia, że dwa z damskich finałów są „jedynie” prostszymi wersjami przystawek męskich. Zarazem przebudowa jedynki samczej w niewieścią wymagała zmian tak kosmetycznych, że grzechem byłoby zrezygnować z tej możliwości.

Z baldem tym związana jest druga przyjemność o jakiej chcę napisać. Powódź chwytów i struktur jakimi zalała nas „Warszawianka” uczyniła z naszej pracy podróż przez sad uginający się pod ciężarem klęski urodzaju. Męską jedynkę kręciłem z samych paczek, udało się nie skazić jej jednym choćby chwytem. Przyznaję bez bicia – bald ten powstał najpierw jako kompozycja estetyczna (kleiłem ze sobą paczki jak leci, byle pasowały bokami), dopiero potem okazało się, że uzyskana struktura stanowi gotowy finał dla panów, któremu zbędnym było przydawać jakiegokolwiek „kwiatka do kożucha” na śrubiej. Mnogość kształtów, w jakie mogliśmy zaklinać proste z natury panele, czyniła naszą pracę nie tylko znacznie ciekawszą, ale też o wiele łatwiejszą. Wie o tym każdy chwytowy – nic tak dobrze nie działa na samopoczucie jak nadmiar materiału – a dodać trzeba, że i tradycyjnych chwytów nam nie brakowało.

Na koniec uderzę się w pierś i przyznam, że przygotowując „Mazdę” raz jeszcze, zapłaciłbym większe frycowe widowisku i męski finał nieznacznie ułatwił. Ot, kolejna chwytowa nauczka na przyszłość!

Wróc do bloga