Akademia Wspinania
Mazda

Ochota na więcej

Share Button

Tydzień temu Kadra Narodowa miała okazję odbyć nadzwyczaj interesujące spotkanie. Organizatorzy odbywającego się w Warszawie kursu trenerskiego zaprosili na wykłady Udo Neumanna, trenera niemieckiej kadry boulderowej. Przy okazji zajęć, jakie Udo przeprowadził dla swoich przyszłych kolegów po fachu, zorganizowano również trening dla kadrowiczów. Pod przewodnictwem gościa z Niemiec trening ten przeprowadzili uczestnicy kursu, wśród przybyłych wspinaczy było sporo juniorów, zaś ja sam zyskałem nie tylko kilka godzin dobrze zorganizowanej roboty oraz szereg pomysłów trenigowych, ale też materiał do przemyśleń.

Naraz uświadomiłem sobie, jak bardzo brakuje mi pracy zespołowej. Nie jestem chyba wyjątkiem – wszyscy tenujemy mniej lub bardziej samotniczo, co niesie za sobą kilka poważnych niebezpieczeństw. Po pierwsze – pozwalanie sobie. Niezależnie od wykazywanej siły charakteru, zawsze ulegać będziemy subiektywnemu przekonaniu, że „już wystarczy“; tymczasem obecność obiektywnego obserwatora nie tylko skutecznie chroni nas przed samooszustwem, ale też symuluje realną sytuację wspinaczkową. Drogi albowiem nie interesuje nasze samopoczucie tylko nagi fakt, czy doszliśy do końca czy też nie.
Po drugie – monotonia bodźców psychicznych. Trenując sam skazany jestem na jeden, jakże dobrze mi znany i w dodatku wewnętrzny, głos wydający polcenia i oceniający postępy. Pomimo rozmaitych, nieraz całkiem udanych, prób „obiektywizacji“ tego głosu ukryć się nie da, że płynie on nieodmiennie ze środka. Ileż czasu musiałem stracić by nauczyć się, kiedy jest to wzbudzający zaufanie głos fachowca, kiedy zaś zagłuszający wszystko inne wrzask niespełnionych ambicji, frustracji, braku cierpliwości… Czy zdanie, które w połowie zaplanowanej na dany dzień pracy pojawia się w głowie wiele obiecujacą treścią: „to nie ten dzień, lepiej skończ szybciej, wypij piwo i idź wcześniej spać, czuję kontuzję nosem!“ jest głosem rozsądku, czy jednak lenistwa? I kto powinien to roztrzygać – rozsądek czy lenistwo? A może jakaś „trzecia instancja“, ale jeśli tak, to jaka? I skąd mogę wiedzieć, że to właśnie ona doszła do głosu jako ostatnia? Dylematy godne ojców pustyni.

20160220203757_fot_Szymon_Aksienionek

Po trzecie – team spirit. „Gdzie dwóch lub trzech…“ powiada Pismo, podkreślając korzystną korelację pomiędzy działaniem grupowym a finalnym rezultatem. Praca w grupie pomaga działać systematycznie, utrudnia „przymykanie oczu“ na szczegóły (na przykład nielubiane elementy rozgrzewki czy braki w rozciąganiu). Niezależnie od prezentownego przez nas poziomu ogólnego, rzadko bedziemy najlepsi w grupie pod kątem poszczególnych parametrów – niemal zawsze znajdzie się „specjalista“ od danego ćwiczenia i prawie na pewno nie będziemy nim my. Grupa spontanicznie buduje hierarchię – w dobrze prowadzonej grupie (osoba trenera czy innego kierownika jest tutaj nieodzowna) lepsi znajdują satysfakcję w odpowiedzialności jaką biorą za słabszych, którzy z kolei mają za kim podążać i na kim wywierać presję; w ten sposób baron wyciąga się z kałuży za własne włosy, rzecz niemożliwa w świecie fizykalnym, nie tak rzadka pomiędzy ludźmi. Grupa pozwala wierzyć, że nasza praca nie tylko nas samych dotyczy, innymi słowy: przywraca poczucie normalności, w sporcie niszowym nie tak znowu łatwe do uzyskania (zawody w wychodzeniu po plastikowych kamykach?! – a może zawody w drapaniu się po głowie?! – wiele lat treningów w drapaniu się po glowie?! Tworki?!) Grupa ma progres, a to znaczy że i my mamy progres, co samemu nie tak łatwo stwierdzić.
Po czwarte – i rekapitulując wszytskie powyższe – człowiek stworzony jest do pracy w grupie, w grupie pracuje lepiej, szybciej, efektywniej i przyjemniej. W polskim wspinaniu jak na razie nie ma grupy – to po piąte.

Dlaczego tak się dzieje trudno powiedzieć, na szczęście prościej odpowiedzieć na pytanie znacznie poważniejsze – co czyni się i co jeszcze należy uczynić, aby to się zmieniło. Pytanie, które naturalną koleją rzeczy pojawiło się w kuluarach kursu trenerskiego, szczególnie wobec wizyty przedstawiciela jednej z najlepszych szkół w tej dziedzinie. Na początek pozytywy. Nareszcie udało się odnowić samo zjawisko Kadry Narodowej jako grupy ludzi deklarujących zawodnicze podejście do sprawy – rzecz, której przez dłuższy czas brakowało. Pojawiają się juniorzy oraz stojący za nimi ludzie w postaci rodziców i trenerów (nierzadko dwa w jednym), gotowi podejmować systematyczną pracę a przede wszystkim nie pozbawieni ambicji zawodniczych. Do renesansu jeszcze nam daleko, niemniej powoli wychodzimy z epoki kamienia łupanego. Dalej – prawdopodobnie dzięki transmisjom on-line, bardzo wzrosło zainteresowanie zawodami międzynarodowymi wśród publiczności; zapewne nie bez wpływu pozostaje fakt, że jest ona coraz liczniejsza – odpowiada za to bezpośrednio stały wzrost popularności wspinania w ogóle, zaś balderingu w szczególności. Co więcej, poziom zawodów krajowych podniósł się na przestrzeni ostatnich lat znacznie, coraz częściej też zawody Pucharu Świata stanowią wzorzec, do którego odwołują się organizatorzy. Pewnie istnieje też czynnik ogólniejszy w postaci nadrabiania psychologicznego dystansu pomiędzy Polską a Zachodem, czyli leczenia przysłowiowych kompleksów.
Istnieje jak zwykle druga strona medalu. Ożywienie w temacie reprezentacji dotyczy na razie jedynie wspinaczki balderowej – z linowców, w zawodach zagranicznch startuje (okazjonalnie) dwójka, niewiele więcej niż w rozgrywkach krajowych (przesadzam, ale znacznie mniej niż myślicie). Daleko nam też do entuzjazmu, ale przede wszytskim poziomu organizacyjnego wspinaczy – sprinterów. Wspomniane ożywienie wokół tematu narodowego teamu ma w pewnym sensie charakter „odgórny“, to znaczy nie jest przedłużeniem systematycznej pracy z młodzieżą w klubach, bo takiej po prostu nie ma. Zainteresowanie występami“naszych na weście“ nie przekłada się zaś w żaden sposób na zwiększenie środków ministerialnych jakie do swojej dyspozycji ma PZA, już choćby dlatego, że samo to zaintersowanie w porównaniu z innymi dyscyplinami jest wciąż pomijalnie znikome. Jeśli zaś mówimy o leczeniu kompleksów, to nadal ze świecą szukać wspinaczy gotowych podjąć prawdziwe wyzwanie i mierzyć w pozycję Adama Ondry czy – jeśli o balderingu mowa – Jana Hojera. W sferze mentalnej wciąż pozostaje niejedno do zrobienia.

20160220125452_fot_Szymon_Aksienionek

Niewątpliwie największą naszą bolączką jest brak całościowego systemu szkolenia, który wyłapywałby zdolniejszych małolatów i zbroił ich do walki o najwyższe cele. Prawdą jest, że w najbliśzym czasie najpewniej takiego systemu nie wprowadzimy, albowiem nie mamy na to nawet części potrzebnych funduszy. Zarazem, mamy jeszcze niemałe rezerwy w ramach tego, co jest dostępne tu i teraz.
Zgrupowania Kadry Narodowej oraz szereg mniej oficjalnych, okazjonalnych spotkań jej członków w ostatnich latach (takich jak ostatni trening z niemieckim szefem sztabu) pokazują, że już samo zwiekszenie częstotliwości tychże może pozytywnie wpływnąć z jednej strony bezpośrednio na poziom sportowy, z drugiej – pośrednio – na pojawienie się działań bardziej zaawansowanych, których szkice podczas takich spotkań każdorazowo się pojawiają. Regularność będzie tutaj czynnikiem nie do przecenienia, zdolnym rzucane na wiatr niepamięci pomysły zamieniać w rozmowy prowadzone na przestrzeni kilku miesięcy, nareszcie – konkretne realizacje tak powstałych planów. Być może uda się połączyć ogórny i oddolny charakter pracy – nie wszytko musi przecież „przechodzić przez Pezetę“, towarzyskie treningi mają nie mniej sensu i mogą odbywać się częściej niż ogólne zgrupowania.
Dobry pomysłem byłoby też powołane trenera Kadry Narodowej, rzecz o tyle problematyczna, iż wymaga znalezienia człowieka gotowego (i finansowo zdolnego) podjąć się pracy „charytatywnej“. Osoba Wielkiego Koordynatora, ma nieoceniony wpływ na jakość organizacyjną wszelkiej pracy, nie mówiąc o pracy z założenia systematycznej. Ponieważ chwilowo nie wydaje się możliwym powołanie trenera w pełnym tego słowa znaczniu, należy odwołać się do rozwiązania zastępczego i szukać na gwałt człowieka kompetentnego, któremu tytuł trenera Kadry bedzie miło zdobił CV, a który weźmie na siebie zadanie koordynacji rozmaitych działań, choćby na poziomie informacyjnym (szef wszystkich maili). Człowiek taki nie musiałby nawet być obecny za każdym razem na spotkaniach Kadry – istotne, żeby pośredniczył na bieżąco pomiędzy zawodnikami, klubami a Związkiem.

Last but not least, łaska pańska na pstrym koniu jeździ, w związku z czym nagłe ożywienie wokół tematu balderingu zawodniczego podjąć musimy odpowiedzialnie i natychmiast, albowiem nie wiadomo jak długo potrwa. Na obecną chwilę wydaje się wszakże, iż „jest wola w narodzie“, co być może jest najbardziej optymistyczną konkluzją moch reflekcji i najsolidniejszą bazą do podniesienia zawodniczego balderingu w Polsce na wyższy poziom – nawet jeżeli ma być to na razie jedynie poziom organizacyjny.

Wróc do bloga