Akademia Wspinania
Mazda

Pierwsze rozczarowania, pierwsze wnioski

Share Button

W zeszłym roku jechałem na Puchar z jasnym celem – wejść do wszystkich półfinałów i poczuć smak… jeżeli nie finału, to przynajmniej obiecującej walki o niego. “Prawie” się udało – eliminacje pokonały mnie zaledwie raz, za to w Chinach udało się stanąć w szranki z najlepszymi w ostatniej rundzie zawodów. Przed sezonem, który właśnie się rozpoczął, konkretnych planów nie miałem – poza pragnieniem, aby doświadczenie lat minionych było widoczne w każdym elemencie mojego wspinania. I tak, w miniony piątek zaliczyłem siarczysty policzek.

Pierwsze trzy problemy eliminacyjne były w moim wykonaniu tragiczne; przegrywałem głową. Przewlekłe niedomaganie prawej ręki nie pozwoliło pojechać na zawody z niezachwianym przekonaniem, że “jest moc w narodzie”. Inauguracyjne pięć minut miało rozwiać wątpliwości, których w ogóle nie powinienem był żywić – po wielokroć przekonywałem się, że niezależnie od chwilowej formy przygotowaniem fizycznym raczej nadrabiam, niż tracę. Tymczasem ów start pierwszy zredukował mnie do poziomu mentalnego nowicjusza; drżałem przed każdym ruchem, już nie o rękę nawet, ale po prostu – sfrustrowany własną niemożnością. Skutkiem był, jak zawsze w takiej sytuacji, uwiąd intelektualny – moje wspinanie świadczyło jednoznacznie o imbecylizmie.

Przebudzenie przyszło na czwórce, o jednego balda zbyt późno. Prawda, że ostatnie przystawki były koncepcyjnie prymitywniejsze od poprzednich, co nie przeszkodziło w przypomnieniu sobie, że jeszcze (wciąż, nadal…) umiemy się trzymać chwytów a nawet – jeśli będziecie skłonni uwierzyć – zginać ręce. Dwa topy w czterech próbach; jak dla mnie pozostałych przystawek mogło w ogóle nie być, wówczas uplasowałbym się na drugim miejscu w mojej grupie (sic!). A tak, jeszcze przez jakiś czas łudziłem się – nie bez powodu, skoro finalnie wylądowałem zaledwie dwa miejsca “pod kreską”. W sumie zabrakło niewiele, na trójce pomacałem nawet ostatniego chwytu – na nieszczęście, przekonany że mam do czynienia z oblakiem, przez co dłoń niegotowa była zacisnąć się na klamie.

Ze startu w Meiringen płyną dwa optymistyczne wnioski. Po pierwsze – rączka nadal pracuje. Po drugie zaś – musiałem naprawdę wiele napsuć, aby oglądać półfinały z perspektywy widza. To zaś oznacza, że nawet daleki od perfekcji start w kolejnych edycjach nie musi wiązać się z frustracją już pierwszego dnia, czego niniejszym pozwalam sobie życzyć przed sobotnimi zmaganiami w Japonii.

Wróc do bloga