Akademia Wspinania
Mazda

Puchar (naszej części) Świata

Share Button

Kilka wrażeń zawodnika z rozegranych wraz z końcem stycznia zawodów Bloco Masters:

Próg siłowy

Nareszcie polskie zawody z prawdziwym, rzetelnym progiem siłowym, którego nie dało się nie zauważyć i nie wyczuć. Może być, iż moje wrażenie jest po części wzmocnione ilością niełatwych propozycji z jakimi przyszło nam się mierzyć w eliminacjach, niemniej bronić będę stanowiska, że chwytowi tym razem nie bali się ukrycia wymagań technicznych za barierą trudności siłowych. Kto tej bariery przekroczyć nie był w stanie, temu nogi pomóc nie mogły.

Demokracja

Eliminacje open powinny być festiwalem wspinaczkowej demokracji, która zakłada równe prawa wszystkich uczestników do jakościowych problemów. Nierzadko zdarza się sytuacja, w której chwytowi uchylają rąbka swojego kunsztu jedynie na trudniejszych propozycjach, milcząco dzieląc zawodników na doświadczonych “koneserów” i nieświadomy niczego “ciemny lud, który wszystko kupi”. Przyjemność z jaką wspinałem się na wielu zupełnie nietrudnych przystawkach pozwalała poczuć się częścią większej całości, której nie łączą pokonywane trudności lecz coś znacznie ważniejszego (dodam na marginesie, że podobnie czułem się na jublu po zawodach).

Regeneracja wybiórcza

Wprowadzam ten termin na oznaczenie stanu w jakim znajdowałem się w trakcie sobotniego finału. Z całą pewnością pomiędzy problemami finałowymi regenerowałem się, albowiem – nie licząc większej części czwartej przystawki – byłem w stanie w ogóle się po nich wspinać. A że były to kłopoty niebanalne, stąd wniosek że wspinać musiałem się przynajmniej przyzwoicie. Zarazem jedynym momentem, w którym dawałem za moje wspinaczkowe możliwości tego dnia więcej jak funt kłaków był sam moment wspinania, obserwowany wszakże przeze mnie z niemałym zdziwieniem i niejako “z zewnątrz”. Chwilę bowiem po powrocie do strefy izolacji z kolejnych przystawek, jak również przez cały czas pobytu tam, a nawet jeszcze w trakcie przeciskania się przez tłum w drodze na kolejny występ, “ręce stanowiły roztopiony mosiądz” [Korczak, 1992] Nieszczęsny ów stan był rzecz jasna wynikiem piekielnych eliminacji, które swoją drogą pozwoliły mi głębiej doświadczyć “roboczego” charakteru wspinania…

Roboczy charakter wspinania

…Zazwyczaj nasz stosunek do problemu wspinaczkowego, a zwłaszcza pogląd na szanse jego pokonania, jest silnie zabarwiony emocjami tudzież intuicją. “Poczułem, że to ten dzień” – mówił Kuba Rozbicki o poranku przed pierwszym przejściem “Tyrana”, wyrażając tym samym zarówno stan ducha, jak wiarę w poznawczy charakter przeczucia. Zwykle intuicje tego rodzaju stanowią znakomity aparat poznawczy, niemniej czasami… Czasami ogrom przytłaczającej nas rzeczywistości sprawia, że umysł traci zdolność do błyskawicznych uproszczeń i “podświadomych” obliczeń, całej tej roboty którą wykonuje normalnie “za nas” (dzięki czemu twarze pewnych ludzi jawią się “na pierwszy rzut oka” przyjazne bądź wrogie, podobnie jak przystawki). Wtedy należy uciec się do świadomych kalkulacji, rzeczy dalece bardziej wyczerpującej a przy tym odzierającej nas z poczucia intymnej zażyłości ze światem, jednocześnie niekiedy koniecznej. Tak powstała nauka ludzka, tak również należało myśleć podczas eliminacji. Ilość rzetelnego wspinania stojąca przed marzącymi o sobotnim finale była tak duża, że żadna intuicja nie była w stanie objąć jej swoim spojrzeniem, stąd też po dwóch godzinach startu czułem się pozbawiony jakichkolwiek przeczuć dotyczących mojego finalnego wyniku (zazwyczaj przeczucia te są wyraźne i sprawdzają się). Jedynym co mi pozostało było przekonanie, że przynajmniej dwie kolejne godziny upłyną mi na mozolnym pięciu się po kolejnych fragmentach ściany, beż żadnej nadziei (ale i bez jej braku) na końcowy sukces.

Przyznam, że przed nadchodzącym sezonem startowym bardzo doceniłem możliwość odbycia takiego “treningu”. Sytuacja przypominała mi bowiem tę z Pucharów Świata. Tam przystawek jest co prawda bardzo niewiele, niemniej ilość ludzi zdolnych mnie swobodnie pokonać przekracza znacznie liczbę trudnych baldów z blocowych Mastersów. Umiejętność potraktowania własnego wspinana jako “pracy do wykonania”, a więc aplikacji takich kategorii jak jakość, rzetelność i systematyka (na miejsce determinacji i free-style’u) jest podstawowym warunkiem osiągnięcia przyzwoitego wyniku. Podejście do wyniku jako takiego zmienia się również w porównaniu ze zwyczajowym (skądinąd błędnym) podejściem na zawodach rodzimych, albowiem to nie wynik jest celem naszego wspinania, ale jakość tego ostatniego decyduje o osiągniętym wyniku – prawda, której znaczenie na zawodach zagranicznych dociera do nas boleśnie często.  

Pajacyk

Prawdziwy fachowiec, nie mówiąc o artyście, nie musi podpisywać swoich prac; wystarczy pewien charakterystyczny szczegół bądź rys, jednoznacznie identyfikujący autora. Miło mi było zobaczyć na Bloco (i to w finale!) sławnego olkowego “pajacyka”, czyli “prawie statyczny skok w bok z jednoczesnym wyciągnięciem kopyta”. Nie ukrywam, że nie znoszę tego ruchu… “Witaj ukochany wrogu!”

Wróc do bloga