Akademia Wspinania
Mazda

Wieniec twych prac

Share Button

Miniony weekend był w moim życiu wspinaczkowym obfity w nastroje i wydarzenia. Raz – zbliżająca się pierwsza edycja Pucharu Świata od pewnego czasu rzuca coraz mocniejsze światło na moje poczynania. Ostatnie przedstartowe dwa tygodnie, zwłaszcza jeśli mamy w perspektywie inaugurację sezonu, to de facto czas treningów ukierunkowanych bezpośrednio na start, mających pobudzić nagromadzone przez zimę pokłady siły a zarazem zapewnić niezbędną świeżość. Głowa nadąża za ciałem i zwrotnie wpływa na nie – świadomość niedalekiego wyzwania zmienia metabolizm, rytm dnia, nastrój. Coraz ciężej skupić się na szachach, coraz gorzej idzie gra w piłkarzyki, coraz trudniej zapamiętać strzępki rozmów. Przed oczyma duszy świeci napis “Meiringen, Szwajcaria”, przyćmiewając inne blaski.

Dwa – od piątku do niedzieli odbywał się w Warszawie kurs “na chwytowego” (odsłona boulderowa), w którym miałem przyjemność brać udział od strony zaplecza, jako jeden ze współprowadzących (Adam Pustelnik był naszym profesorem, drugim obok mnie adiunktem – Piotr Suder). Kurs został inteligentnie stowarzyszony z – trzy – zgrupowaniem Kadry Narodowej w boulderingu: kandydaci na chwytowych dostarczali kadrze problemów, zaś kadra informacji zwrotnej na temat ich jakości oraz przydatności do spożycia. W zgrupowaniu działałem w roli “grającego trenera”, w części zajęć biorąc udział czynnie, bezpośrednio, w innych z dystansu pomagając zawodnikom, zwłaszcza juniorom, skorzystać możliwie owocnie ze wspólnego treningu.

Co do kursu… W przypisanej mi roli zostałem obsadzony po raz pierwszy, podpatrywałem więc Adama na okoliczność prowadzenia tego rodzaju szkolenia. “Mały Pusty” jest człowiekiem przy którym warto schować ambicję do kieszeni i uważnie słuchać, chyba nie znam drugiej osoby współpraca z którą potrafi dać mi tak wiele w tak krótkim czasie. Adam należy do mniejszości ludzi, którzy szczerze i bez wyrachowania spoglądają na rzeczywistość, a zwłaszcza na innych, pod kątem jasnej strony mocy. Krytyka Pustego jest zawsze delikatna i konstruktywna, albowiem nastawiona na rozwój drugiej osoby i wychodząca z już zaobserwowanych przezeń ziaren tego rozwoju. Pustemu nie potrzeba wiele słów, albowiem działając z ludźmi opiera się on na tym, co jest w nich samych, a nie w nim.

A samo szkolenie? Posiada ono jeden poważny mankament – trzy dni to zdecydowanie zbyt mało czasu na realne podniesienie poziomu chwytowego, zarazem efektywnie i pomysłowo wykorzystane mogą dać silny impuls do dalszego rozwoju. Dobrym pomysłem byłoby zapewne rozszerzenie kursu o drugi zjazd, na którym można by zdyskontować pracę wykonaną w międzyczasie oraz zrealizować nieco bardziej spersonalizowany program. Na dobry routesetting składa się wszak mnogość czynników, wśród których stricte wspinaczkowa jakość proponowanych problemów posiada niekoniecznie pierwszorzędne znaczenie. Adekwatność trudności, umiejętność zrealizowania określonego zadania, swoboda w poruszaniu się po różnych formacjach z wkrętarką w ręku, elastyczność. Ale też: umiejętność współpracy (rzecz przy twórczym wysiłku niebanalna), pokora (zwłaszcza, jeśli nasz partner w pracy prezentuje dalece inny styl wspinania, niekoniecznie nam bliski), samoorganizacja. Przyszły chwytowy powinien mieć świadomość, że los może postawić go w roli szefa zespołu, a zatem osoby odpowiedzialnej za kontakt z organizatorem, negocjację wynagrodzenia, rozwiązywanie spornych kwestii w trakcie zawodów, ogarnięcie nie zawsze łebskiej ekipy lokalnych pomagierów i tak dalej. Wobec podobnego skomplikowania zagadnienia trochę szkoda, że forma kursu wymusza traktowanie jego uczestników en masse, przynajmniej pierwszego dnia, kiedy jeszcze nie są nam i sobie wzajemnie znani. A potem dni już tyko dwa, właściwie półtora. Ale wiadomo – koszta…

Zgrupowanie wypadło nieco ni przypiął ni przyłatał, na tydzień przed startem sezonu, jakieś trzy tygodnie za późno. Trudno wszakże kogokolwiek winić – kalendarz jest zapchany, imprezy krajowe przeplatają się z zagranicznymi, a polskie środowisko nie posiada jeszcze oddziału oddziału trenerów gotowych dać się zabić za możliwość popracowania z kadrą. Termin musi pasować wszystkim albo przynajmniej większości. Tym większe podziękowania dla Bartka Jarosiewicza i Michała Łodzińskiego za poświęcony czas. Zwłaszcza juniorzy zdawali się doceniać pracę wykonaną przez chłopaków; przyjemnie było patrzeć, że do zgrupowania podchodzą z zaangażowaniem jakie powinno być oczekiwane. Jest ono niezbędnym warunkiem, aby Kadra Narodowa w boulderingu zaczęła nareszcie funkcjonować na zasadzie regularności i kontynuacji, bez czego trudno myśleć o kroku do przodu w skali międzynarodowej.

Koniec tygodnia spędziłem więc pracowicie, jako chwytowy Bloco musiałem pod nieobecność Olka Romanowskiego (mojego bezpośredniego przełożonego) zająć się jeszcze doprowadzeniem miejsca do jako-takiego porządku, niemniej cieszę się. Niełatwy ów moment “na tuż przed” nie powinien być spędzany w warunkach nazbyt komfortowych – zbyt wiele wówczas myśli przychodzi do głowy. Pojawia się strach przed pojedynczym treningiem (“a może lepiej odpocząć?”), przed pojedynczym restem (“a może doładować?”), przed posiłkiem (“a może lepiej nie jeść na noc?”), przed brakiem posiłku (“…lecz przecież muszę się regenerować!”)… Różne takie michałki. A tak – jeszcze trzy dni, podczas których lekkie wspinanie pozwoli zapomnieć o trudach, a potem błogi spokój, od kiedy liczyć będzie się już tylko pierwszy bald na kolejnej imprezie.

Wróc do bloga