Akademia Wspinania
Mazda

Zawody w Kazo

Share Button

Oj! Niechże się ten sezon już skończy zaczynać, bo nie był to udany początek! Drugie zawody z rzędu i drugi raz poza pierwszą dwudziestką, a tym razem i trzydziestką i czterdziestką nawet. Prawda, przyznaję, wyjeżdżając z Polski wiedziałem, że w szczytowej formie nie jestem, ale przecież w najgorszej możliwej też nie. Jakoś to będzie, myślałem – ale nie było!

Nieudany początek to ryzyko w czystej postaci. Próbuje zaciemnić nam zmysły, odebrać rozsądek, pozbawić mądrości. Na miejsce dobrze postawionych pytań stawia źle sformułowane odpowiedzi. Jeden krok do przodu, dwa do tyłu – oto jego cel. Poddać mu się, to wykazać kompletną amatorszczyzną. A my amatorami być nie tyle nie chcemy (któż nie lubi poamatorzyć od czasu do czasu), ale być nie możemy. Wspinanie na Pucharze Świata to wszakże prowadzony od wielu lat i przez wielu ludzi wysiłek wybicia sportowego balderingu ponad poziom czysto hobbystyczny i kto chce w zabawie tej brać udział, musi jej reguły zaakceptować.

20160220122350_fot_Szymon_Aksienionek

Dwa złe starty w moim wykonaniu to zrozumiała informacja, że dyspozycja nie jest na swoim najwyższym poziomie. Zarazem, pewne szczegóły mącą jasny obraz sytuacji. W Szwajcarii byłem od półfinału niedaleko, niby zrobiłem z siebie głupca na dwóch problemach, ale na dwóch innych dałem niektórym do zrozumienia. Z kolei w Japonii naprawdę niełatwo było uzyskać coś więcej niż dwa topy, skoro trzy środkowe problemy w naszej grupie były – mało powiedzieć – przesadzone. Kiedy rzecz sprowadza się do pojedynczego balderu, który potrafi wyjść, ale potrafi też nie wyjść, nietrudno jednym poślizgnięciem spaść o dziesięć pozycji w tabelce. No, to pospadałem.

Ukryć się nie da, że poślizgnięcia te, jak również brak drugiego topu (choć ostatniego chwytu macałem), słowem – różnica w szczegółach, to właśnie to, co oddziela dobrą dyspozycję od jej braku. Z drugiej wszakże strony, niezależnie od wyników, na żadnej z dotychczasowych dwóch edycji nie dostałem solidnie po buzi, spadając ze wszystkiego i wszędzie, oddalając się od innych nie o próby czy balda nawet, ale o trzy lub cztery problemy. Jednym słowem – zaznałem bolesnych porażek, ale nie podłych klęsk.

Nie oznacza to, że kolejny weekend wiąże się u mnie z jakąkolwiek formą urzędowego choćby optymizmu. Dotychczasowe osiągnięcia czyniłyby taki optymizm głupim, inna rzecz, że formułowanie oczekiwań tuż przed startem jest głupotą samą w sobie. Oczekiwania można mieć w kontekście całego sezonu, gdzie spada znaczenie przypadku, a wzrasta wpływ statystyki (jedynej naukowej metody ujmowania przejawów wolnej woli). Pojedyncze zawody są jak pojedynczy rzut monetą – ile razy dotychczas nie wypadłaby reszka, prawdopodobieństwo orła znowu jest takie samo, czyli równe naszej aktualnej dyspozycji. A ponieważ moja, będę się upierał, nie jest jeszcze zerowa, więc pozwolę sobie dzisiaj spokojnie pójść spać i nie myśleć o sobocie, kiedy to rzucę monetą w tym sezonie po raz trzeci.     

Wróc do bloga